Tradycję rajdów samolotowych pielęgnujemy w Sekcji Samolotowej Aeroklubu Warszawskiego od lat. To fantastyczna okazja realizacji naszych lotniczych pasji, a także do odpoczynku, integracji oraz odkrywania i poznawania ciekawych turystycznie miejsc.

W majowy długi weekend wybraliśmy się do Tunezji, na czerwiec zaplanowaliśmy Rosję. Czemu akurat ten kierunek? Powodowała nami ciekawość tej części Europy, niezdobyte jeszcze przez nas lotnicze rejony. A mniej więcej od dwóch lat Rosja jest bardziej otwarta na lotnictwo General Aviation. Pierwszy do Rosji poleciał nasz kolega Maciek Krych z Poznania (dla zainteresowanych –  lot ten był opisany w jednym z ostatnich numerów „Przeglądu lotniczego”) i to on zainspirował nas do ruszenia w tym kierunku. Wyprawę planowaliśmy z około 3-miesięcznym wyprzedzeniem, ponieważ było to spore wyzwanie organizacyjne. Rajd trwał dwa tygodnie, trzeba było zaplanować urlopy, wyrobić wizy, opracować trasę, załatwić wszystkie pozwolenia, zgody itp. W tym ostatnim pomógł nam Evgeny Kabanov z MAKGAS. Dodatkowo dzięki niemu mieliśmy zapewnione bezgotówkowe lądowania, handling, parking, ochronę, odprawy oraz tankowania w Rosji. Ostatecznie do Rosji wyleciała 13-osobowa ekipa, w tym 2-osobowa zaprzyjaźniona załoga ze Słupska, która często dołącza do naszych rajdów.

Odprawialiśmy się na lotnisku Szymany (EPSY), stamtąd przelecieliśmy do Pskowa (ULOO), gdzie utknęliśmy na 4-godzinnej odprawie – przytłoczyły nas tamtejsze procedury i biurokracja – konieczność wypełniania pliku dokumentów…  W Pskowie mieliśmy pierwszy postój – na jedną noc. Następnego dnia krótki lot na lotnisko Seredka (ULOR) w celu zatankowania, a następnie start i kierunek: Moskwa. W tym miejscu ważna uwaga: w Rosji nadal plany lotu wymagają akceptacji służb lotniczych, nie wystarczy wysłać ich tylko informacyjnie i lecieć. W Pskowie na lot 15-minutowy na krótkiej trasie składaliśmy plan osiem razy, zanim otrzymaliśmy pozwolenie. Mimo że wszystkie trasy mieliśmy uzgodnione i wstępnie zatwierdzone na kilka tygodni przed rajdem okazało się, że tego dnia zażyczono sobie od nas podania w planie lotu wysokości przelotu nad konkretnym punktem. Kiedy podaliśmy Altitude, plan ponownie odrzucono, z informacją, że ma być podana wysokość w metrach, kiedy ją skorygowaliśmy, plan znowu odrzucono informując, że w tym punkcie obowiązuje maksymalna dozwolona wysokość, ale kiedy i to skorygowaliśmy, to stwierdzono, że na danym odcinku wybraliśmy złą drogę lotniczą (w Rosji obowiązują loty wyłącznie po drogach lotniczych IFR). Kiedy drogą kolejnej iteracji udało nam się to poprawić, upomniano nas, że nie podaliśmy punktu, w którym opuścimy tę drogę i skręcimy w inną! To był jakiś koszmar! Zamiast na początku przekazać nam wszystkie wymagane parametry lotu, byśmy mogli ten plan poprawnie zmienić, korygowano nam każdą kolejną jego wersję o tylko jeden parametr…

W końcu jednak odlecieliśmy. Na podmoskiewskie lotnisko Myachkovo (UUBM), byłą bazę wojskową i lotnisko specjalnego wykorzystania, dotarliśmy lecąc wokół Moskwy nad dużą obwodnicą, tzw. Moskovskaya Koltsevaya Avtomobilnaya Doroga – w tę stronę zrobiliśmy połowę kręgu, a odlatując z Moskwy po paru dniach – dopełniliśmy do pełnego. W dolocie do przedmieść Moskwy zostaliśmy przywitani, a następnie eskortowani przez dwa śmigłowce R66, z których Evgeny i jego koledzy robili nam piękne zdjęcia (ilustrują one tę relację). W stolicy Rosji spędziliśmy trzy dni. Pogoda nam dopisała, mieliśmy idealne warunki na zwiedzanie. Moskwa zrobiła na nas duże wrażenie swoim nowoczesnym, europejskim klimatem, rozmachem, świetnym jedzeniem i mnogością turystycznych atrakcji.

Z Moskwy przemieściliśmy się na lotnisko Krechevitsy (ULLK) obok miejscowości Wielikij Nowgorod (Nowogród Wielki) – jednego z najstarszych rosyjskich miast, uważanego za kolebkę historii Rosji, które może szczycić się tym, że też kiedyś było stolicą, obok Petersburga i Moskwy. Zatrzymaliśmy się tam na dwa dni. Głównym celem pobytu w tym miejscu była jedna z najstarszych twierdzy rosyjskich – Kreml Nowogrodzki oraz słynny najstarszy klasztor Św. Jerzego, które chcieliśmy zwiedzić.

Kolejny przystanek na trasie naszego rajdu to Petersburg – wylądowaliśmy w jego okolicach na prywatnym tym razem lotnisku Gostilicy (ULSG). Na zwiedzanie Petersburga również zaplanowaliśmy trzy dni. Wypełnione były do maksimum, bo to miasto także pełne jest miejsc i zabytków, których nie można nie zobaczyć. Wszyscy byliśmy też pod wrażeniem turystycznej infrastruktury. Oczywiście nie mogliśmy odmówić sobie rejsu wodolotem do cudownego Peterhofu.

Z Petersburga odlatywaliśmy z małymi przygodami… Nieco… nielegalnie 😉 Chcieliśmy polecieć nad Zatoką Fińską, wzdłuż wybrzeża miasta i tym razem plan lotu korygowaliśmy aż… dziesięć razy zanim w końcu o 1:00 w nocy poddaliśmy się. Ostatecznie złożyliśmy plan lotu na pierwotnie uzgodnioną trasę i otrzymaliśmy na niego zgodę, po czym… zgoda ta została wycofana, kiedy… byliśmy już w powietrzu. Wiadomość o jej cofnięciu dostaliśmy dopiero po kilku minutach trwania lotu od Evgenya. Ponoć służby lotnicze miały zagwozdkę, co z nami zrobić, bo formalnie lecieliśmy bez planu lotu. Rozważano żądanie natychmiastowego powrotu i lądowania. Dzięki Evgenyowi Rosjanie zdecydowali jednak, że możemy kontynuować lot. Dodać należy, że miał to być nasz ostatni dzień pobytu w Rosji, a niektórym osobom kończyła się tego dnia wiza i niemało problemów mogłoby nam przysporzyć, gdyby nas cofnięto i gdybyśmy nie zdążyli wylecieć z Rosji przez północą. Dopiero po wylądowaniu w Pskowie dowiedzieliśmy się, że ranna zmiana nadgorliwych kontrolerów chciała za każdą cenę dorzucić swoje trzy grosze, bo nie mieli w sumie żadnych istotnych uwag…

W Pskowie znowu powtórzyły się 4-godzinne procedury przy odprawie, zanim mogliśmy wylecieć. Część załóg wracała już do Warszawy, a część poleciała jeszcze do Tallinna, gdzie spędziliśmy jedną noc. W drodze powrotnej dostaliśmy zgodę na przelot nad Kaliningradem. Tutaj jeszcze jedna ciekawostka :-). Przez Kaliningrad przelecieliśmy w grupie dwóch samolotów na jednym planie lotu, po czym po wlocie nad terytorium Polski jeden się odłączył – to byli nasi koledzy ze Słupska. My kierowaliśmy się na lotnisko Kikity (EPKI). Po 10 minutach od naszego lądowania, Zygmunt Kuczyński, współwłaściciel lotniska w Kikitach, który wyleciał z Tallinna dużo wcześniej przed nami, otrzymał alarmowy telefon ze straży granicznej, skierowany de facto do mnie, z pytaniem, czy wiem, co to był za drugi samolot, który razem ze mną wleciał do Polski znad Kaliningradu i co się z nim stało, gdzie zniknął… Nic nie uszło ich czujnej uwadze – mimo, że lecieliśmy na FL060, to jednak nas wypatrzyli i policzyli 😊.

Podsumowując, to nasz kolejny bardzo udany rajd samolotowy. Po słonecznej Tunezji w maju, tym razem inny kierunek, bardzo satysfakcjonujący poznawczo i turystycznie… i to zdecydowanie bardziej gorący niż w Tunezji w maju 😉. Mamy nadzieję, że następne nasze rajdy będą równie udane!

Relacja: Michał Krzemiński, zdjęcia: Michał Cedroński, Adam Cedroński, Michał Krzemiński, Zygmunt Kuczyński, Bogdan Michalak

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.