Marcowe szkolenie podstawowe

bockiWiele osób marzy o tym aby choć na chwilę oderwać się od ziemi, od codziennych problemów, monotonności.

Nas – grupę siedmiu osób, które 15 marca rozpoczęły podstawowe szkolenie szybowcowe w Aeroklubie Warszawskim, połączyła jednak niezwykła pasja i chęć związania swojego życia z szybownictwem. Wiele osób uważa nas za szaleńców, inni zazdroszczą nam uporu i odwagi. My jednak realizujemy tylko swoje marzenia. Podjęliśmy się wyzwania i teraz już chyba nic nie będzie w stanie sprowadzić nas z powrotem na ziemię. Trzeba tego doświadczyć, aby zrozumieć co czujemy, gdy znajdujemy się wysoko nad ziemią – niesamowite uczucie!

Szkolenie przebiegło niezwykle sprawnie. Pierwsza trójka z nas zakończyła je już 25 marca! Chyba nikt nie zaprzeczy, że to imponujący wynik? Naszym niezwykłym sprzymierzeńcem okazała się piękna w tym roku, marcowa pogoda. Chociaż zbiórki o 5 rano początkowo wydawały się lekko przerażające, szybko odkryliśmy, że pobudka nad ranem sprawia nam wiele satysfakcji. Świadomość tego dokąd zmierzamy i co za chwilę będziemy robić – szybować, była świetną motywacją!

Jesteśmy dumni, że tak szybko staliśmy się częścią Sekcji Szybowcowej AW.

Chcielibyśmy zwrócić tutaj szczególna uwagę na profesjonalną kadrę, przemiłe towarzystwo i duże wsparcie ze strony organizatorów.

Poniżej przedstawiamy jeszcze nasze szkolenie dzień po dniu 🙂

Dzień zerowy

Wsiąkamy w lotnisko. „Gdzie byliście cały dzień?” – pada pytanie po powrocie z “godzinnego” spotkania organizacyjnego. Ekscytacja zagłusza wyrzuty sumienia. Rodzino, przyzwyczajaj się…

Dzień pierwszy

Karnet na siłownię jest zbędny. Biegnij, przenoś, podczepiaj, jedź po liny, pchaj … Tysiąc komend na sekundę, setka uwag i błędów. Niedzielny tłok na “kwadracie” to szkoła nowego życia. Pierwsze starty gdzieś pomiędzy dźwiganiem Bociana, a wypuszczaniem Juniora. Totalne oszołomienie. Po pięćdziesięciu lotach z instruktorem mamy to robić sami? Autor programu szkoleniowego jest niespełna rozumu.

Dzień drugi

Pierwsza pęknięta lina budzi zazdrość w grupie. Każdy chciałby to przeżyć. Następna pęknie dopiero na pierwszym samodzielnym locie Kuby (oczywiście Kuba pięknie sobie poradził i wykonał zakręt o 180 stopni i lądował z wiatrem). Bocian zaczyna reagować na nasze nieudolne ruchy. Widzimy i czujemy coraz więcej. Ześlizgi, wyślizgi, przyrządy, olśniewająca Warszawa w porannym słońcu. Nawet wzrokiem znajdujemy leżącą białą tarczę sygnalizacyjną. Będzie dobrze.

Dzień trzeci

Pogoda słoneczna jak w Australii. Na trawie kangur za kangurem. Instruktor ma jaja ze stali i daje nam popełnić wszystkie możliwe błędy przy lądowaniu. Szalone starty za wyciągarką już nie robią na nikim wrażenia. W zakrętach kulka wciąż biega po całym zakresie chyłomierza.

Dzień czwarty

Dziki entuzjazm. Da się. Bocian nas słucha, kulka trzyma środek, a lądowania są na dwa punkty. Instruktor żartuje, że jakby nas już puścić na solo, to wrócimy w całości. Czujemy postęp. I naprawdę widzimy tarczę sygnalizacyjną. Ta z poniedziałku to był biały dach Forda Transita kierownika lotów.

Dzień piąty

Traktor, traktor, traktor czyli symulacja awaryjnych lądowań po zerwaniu liny. Więcej ściągania szybowców z odległych zakątków niż latania. W kabinie zaskakujemy samych siebie opanowaniem i prawidłowymi odruchami. Na wszystko jest naprawdę dużo czasu.

Dzień szósty

„Ja Ci się nie spodoba, daj sobie spokój z lotnictwem” – straszy Sławek, holownik. Ma rację. Zabiera nas 900 m nad teren wolny od zabudowań. Potem cztery korkociągi i spirala na łeb. Esencja latania. Cieszymy się jak małe dzieci z nowej zabawki. Już na ziemi humory psuje ostatnia figura – przewrót na plecy przez statecznik poziomy. Ranny Bocian trafia do warsztatu, a „podstawówka” na usta wszystkich w Aeroklubie. Kto na swojej podstawówce nic nie nawywijał, niech pierwszy rzuci kamień ….

Dzień siódmy

Zmęczenie nas powoli gasi. Drzwi od hangaru ważą trzy razy tyle co zazwyczaj. Bociany także. Składamy rezerwową maszynę i zaczynamy rozumieć jak to wszystko działa. W głowach tłucze się natrętna myśl o jutrzejszym wolnym dniu.

Dzień ósmy

Pobudka 3:44, tak jak co dzień. Bez budzika. Niby dzień odpoczynku. Za oknem śnieg. Pierwsze od tygodnia śniadanie ze szczęśliwą rodziną. Przy stole obolałe ciało. Myśli w drodze na lotnisko. Dusza zdeponowana w hangarze.

Dzień dziewiąty

Boczny wiatr napełnia nasz worek doświadczenia i trochę opróżnia ten ze szczęściem, gdy za nisko podchodzimy nad działkami. Walka o przetrwanie trwa cały dzień. Czujemy powagę sytuacji. „Co wy tak krzywo latacie, jak pijani?” – pytają przez telefon przejeżdżający obok lotniska znajomi. Czyli trawers i ześlizg nakierunkowy wychodzą.

Dzień dziesiąty

Rzucamy kłamliwie: „Bocian gotów” przez radio i wzbijamy się szybowcem lżejszym o 100 kg instruktorskiego doświadczenia. Pełna odpowiedzialność w naszych rękach. „Dasz radę” – powiedział chwilę wcześniej egzaminator. Kulka ze strachu siedzi w środku przez cały lot. Bezpieczne lądowanie. Nie umiemy opisać swoich emocji słowami. Marzenia stały się rzeczywistością.

Dzień jedenasty

Wiosenne słońce wygrzewa kości instruktora rozpartego w fotelu na starcie. W drugiej kabinie cały dzień wozimy powietrze. Sami zauważamy i korygujemy błędy. Z każdym lotem rośnie wiara we własne umiejętności. Nie czujemy, żeby coś się kończyło. Czujemy, że ta przygoda dopiero się zaczyna. Nasze książeczki uczniów-pilotów zostają z hukiem zatrzaśnięte w walizce z napisem „Treningówka”.

Hania, Jakub, Łukasz, Michał, Paula, Rafał, Michał.

start za winda