Pierwsza 300

Poniżej przedstawiamy relację z przelotu naszego klubowego kolegi Andrzeja Herbsta.

Przelot 300 kilometrów –  mało i dużo zarazem. Mało gdy się spojrzy na wyczyny pilotów którzy na polskim niebie, na Jantarze Standard przelecieli 1000 km, a dużo gdy weźmie się pod uwagę, że latając przez dobrych kilka lat „wychodziły” tylko 100tki, 150tki i 200tki… Z powodu małej ilości czasu nie mogłem pojawiać się na lotnisku zawsze kiedy jest „warun”… A okazuje się, że to właśnie od pogody zależy! Środa, 17 lipca 2015 roku na długo zostanie w pamięci. I to właśnie ze względu na pogodę. Urlop wzięty, Niemcy zostały daleko na ponad tydzień, czas na kilka dni na lotnisku… Niestety, upały dały się we znaki i latania przelotowego nie było… Przeszedł leniwy front nie zwiastując znacznej zmiany pogody… Prognozy były neutralne… Ale jak nie ma nic do roboty to przychodzi się na lotnisko! Coś we wtorkowe popołudnie tknęło mnie, że warto być w środę wcześnie… Wtorkowy Sat24 pokazywał na zachód od Mazowsza całkiem ładne warunki… Była nadzieja, że w środę pogoda będzie u nas… Rano, o 9, nic nie wskazywało na amok… Kilka osób, kilka jednosterów, było w czym wybierać. Niektórzy nawet oddali swój szybowiec narzekając, że „krzywo lata” – i miało się okazać, że była to ich chyba najgorsza decyzja w życiu! W końcu zmontowała się grupa: ja, Przemek Idzkiewicz, Bubu, Marcin Zegadło i Robert Ryng. Odpowiednio w Jantarze 1 (jupi!), Astirze, Jantarze Std, Cobrze 15 i Jantarze 2B. Bubu zadecydował – wszyscy 300, Białystok! Z jednej strony pogoda już sama kazała startować i lecieć a z drugiej czarne myśli – jeszcze pola nie pokoszone, na specyficznym szybowcu wylatane dopiero kilkanaście godzin, w sumie to pierwszy sezon… Nie lubię podejmować decyzji o przelocie. To jest dla mnie podejmowanie przed samym sobą pewnej odpowiedzialności… I pytanie a co jak inni dadzą radę a ja nie? Może lepiej jeszcze jakaś 100tka prawie w stożku? Jednak pierwsze pole na nowym szybowcu kiedyś być musi… Obiecałem sobie, że będę wcześnie szukał pól i nie będę na siłę szukał czegoś poniżej 400 metrów… Z drugiej strony łąk i nieużytków jest trochę co potwierdzały loty miesiąc wcześniej. Pod hangarem byłem ostatni w kolejce bo mój szybowiec stał na samym końcu. Krótkie przygotowania i kolejne szybowce jechały na start. A pogoda już wariowała – cumulusy nie z tej ziemi… Ciągnąc się na start zauważyłem, że żaden z kolegów nie ustawił się w kolejkę na pasie. Za namową Krzyśka Pindrala – „Oni chyba nie chcą lecieć… Ustaw się i leć jak chcesz, pierwszy!” Zapytałem reszty, nikt nie protestował… Jakoś tego dnia nikt nie chciał być sondą. Byłem ostatni, jestem pierwszy -marzenie pilota! Zapakowanie mapy, gpsa, wody, pieniędzy (najważniejsza rzecz w polu!), sprawdzenie jeszcze raz sterów. Gotowe! Start zupełnie bezproblemowy. Hol (kierunek 28) był krótki – albo raczej niski, bo tu wszystkie są długie. Na 600m już ładna 2. Nie ma co, Jedynka – jak Pirat – lepiej lata sama. Smutno znikający Husky pomachał skrzydłami… Jego lot zaraz się skończy a mój dopiero się zaczyna… Z 2 zrobiła się 3. W tych warunkach nad hutą nie można długo zabawić. Kierunek Żerań. Raz, że tam zawsze coś jest, a dwa, że była tam chmura… CHMURA… CHMURY BYŁY WSZEDZIE! Wszystkie podobne… Nad Żeraniem znów 3! I to bez długiego szukania… Fiu, nieźle się zapowiada! Po Żeraniu, Marki. Po prostej też nosiło. No cóż… Więc chyba muszę na te 300… Taka pogoda prędko się nie powtórzy. Trasa do Białegostoku jest prosta – wzdłuż linii kolejowej. Ponad 160 km torów bez najmniejszego zakrętu… Chmury – wszędzie, blisko siebie ale nie na tyle, żeby odciąć słońce… Wołomin, Tłuszcz… kolejne miasta praktycznie bez dłuższego krążenia i bez utraty wysokości! Można było naprawdę w spokoju uczyć się spokojnego krążenia, sprawdzać różne sposoby centrowania… Jedynka ma to do siebie, że łatwiej centruje się na neutralnych klapach lub wręcz na ujemnych. Dla wyjadaczy pewnie to nie nowina ale dla mnie klapy do tej pory to były klapy w Cessnie – do startu 10 i do lądowania 30. Nad Łochowem dogoniła mnie Cobra Marcina. Proszę! Dogonił mnie i to w wolniejszym szybowcu. Musi się znać lepiej na rzeczy. Chwile pokrążyliśmy razem. Odszedł pierwszy. Po 3 minutach go dogoniłem. Widać było różnice osiągów. Co ciekawe zamiast lecieć na północny wschód, Marcin nagle skręcił na wschód… Do tej pory nie wiem po co. Chmur przed nami było co niemiara! No nic, miał pewnie swoją wizję… Nauka centrowania i delfinowania w najlepsze, kolejne miasta zostawiam w tyle… Warunki się nie pogarszają… W oddali widać Białystok… Czyli 160 km będzie. To pewne. Gdzieś w okolicach Broku chmury zaczynają się przerzedzać. Białystok prawie jak na dłoni. Po takich miastach jak Tłuszcz, Łochów czy nawet Ostrów Mazowiecka – Białystok wydaje się być niewiele mniejszy od Warszawy. No może trochę przesadzam ale miasto spore. Tuż przed Łapami dochodzę do wniosku, że nad Białymstokiem chmur nie ma. Dalej też nie. Kiepsko. Niby mam prawie 2000m ale punkt i powrót musiałbym zrobić bez krążenia… Czyli w sumie jakieś 20 km… Teoretycznie bez duszeń jakieś 500m wysokości… Ale praktycznie może nie być tak różowo, że wrócę pod tą sama chmurę na 1400m… Do tej pory na trasie nie spadłem poniżej 1300m i wolałbym, żeby tak zostało. Z racji, że nie wbiłem trasy a zależało mi tylko na 300km, postanowiłem, że zawrócę. I tak oto nad Baciutami zrobiłem zakręt o 180 stopni. Warunki jak do tej pory – super. Nawet powstały jakieś szlaki. Może nie idealnie po trasie ale w miarę pasujące. Po 15 minutach spotkałem pod chmurą Jantara 2B Roberta Rynga. Trochę razem pokrążyliśmy. On leciał jeszcze do Białego, ja już wracałem. Lot upływał spokojnie jednak pewna rzecz powoli nie dawała spokoju. Rosnące ciśnienie w pęcherzu. Generalnie to nie problem jak się ma odpowiedni sprzęt ale jak miałem tylko butelkę z wodą Żywiec, 1.5 litra. Prawie pełną. Zatem procedura jak zwykle – część wody wypić, reszta za okno. I wtedy się zaczęło. Trymer sprężynowy zdecydowanie źle wyważa szybowiec. Aerodynamiczny lepiej. Taniec po niebie z butelką w ręku… Pasy, spadochron, spodnie… W końcu się udało… Ale trochę to kosztowało czasu i nerwów… W każdym razie po ustaleniu parametrów hydrodynamicznych okazało się, że szukając dogodnej pozycji z butelką znalazłem też przyzwoitą 3! Miałem już jedną rękę wolną więc mogłem też krążyć! Po minucie ciśnienie w pęcherzu spadło a wysokość urosła. Nad Łochowem wiedziałem już, że 300km mam. Tylko czy dolecę na lotnisko – bo po prostej była dziura – chmury były dopiero nad Wisłą. Za to nad Markami było ich kilka. Postanowiłem nadłożyć nieco drogi i na wszelki wypadek nie robić jeszcze dolotu ale wykręcić się tam do 1400m. Traf chciał, że do Marek duszeń nie było, wiec doszedłem tamnmając jakieś 1000m Niby sporo ale co tam! Wykręciłem do 1300m i na lotnisko. Nie wiem czy tak szybko leciałem czy zaczęło dusić ale miejscami przy 180km/h potrafiło być i -4. Nad Wisłą miałem 600m i prędkość 220. Teraz dopiero było czuć co to znaczy, że biegunowa dla dużych prędkości opada… Za Wisłą – jak zwykle na powrocie – nosiło. Chciałem już lądować bo miałem jeszcze plany na wieczór. Taki przelot powinno się kończyć kosiakiem… Ale rozsądek zwyciężył. Skończyło się na takim symbolicznym, na 50 metrach. Lądowanie – takie sobie, z małym kangurem. Cóż! Prędkością chwalić się nie ma co… Niecałe 80km/h. Niby bez wody ale na takim szybowcu i w taką pogodę powinno być przynajmniej 100. Jednak to pierwsza 300tka więc wstydu nie ma. Trasa obleciana! Duże podziękowania dla pogody. Szczerze powiem, że gdybym wiedział, że będą takie warunki wystartowałbym godzinę wcześniej, wrócił z godzinę później – tak jak wracali pozostali tego dnia – i spokojnie 500km było by możliwe. Tego mi najbardziej szkoda, bo takiej pogody nie widuje się często… Reszta też wróciła. Z tego co wiem, jednak Białystok zaliczyli choć też chmur było tam mało. Kilka 300etek jednego dnia – chyba dawno tak się nie udało!

Andrzej Herbst

Szybowiec