Warszawskie Zawody Szybowcowe Milówka 2016

W dniach 2-10 lipca br. odbyła się pierwsza edycja Warszawskich Zawodów Szybowcowych. Ich pomysłodawcą i głównym sędzią był Maciej Oleksiewicz z Aeroklubu Warszawskiego. Zawody trwały sześć dni i miały na celu m.in.:

  • zapoznanie pilotów Aeroklubu Warszawskiego ze specyfiką rozgrywania zawodów szybowcowych,
  • zapoznanie pilotów Aeroklubu Warszawskiego ze specyfiką lotów wyczynowych i wykonywania przelotów,
  • trening przelotowy pilotów Aeroklubu Warszawskiego zamierzających wziąć udział w ogólnopolskich zawodach szybowcowych w sezonie 2017,
  • wyłonienie zwycięzcy.

Poniżej relacja z zawodów, przygotowana przez ich organizatora, Macieja Oleksiewicza:

Pierwszy dzień nie rozpieszczał zawodników temperaturą, ale nie było problemów ze startami. Ze względu na nowy teren wybrałem konkurencję obszarową od 107 km do 188 km. Mimo dużej rozpiętości trasy piloci, którzy postanowili oblecieć trasę po maksie, mieli spore problemy i nie udało im się dokończy przelotu na lotnisku – musieli lądować w polu – brak widoku Warszawy sprawiał problemy nawigacyjne. Pierwszą konkurencję wygrał Waldek Pałka, drugi był Paweł Kucio, trzeci Waldek Magnuszewski, czwarty Paweł Bandurski, piąty Janusz Bęza.

Na drugi dzień zawodów przewidziano chmury burzowe, dlatego lataliśmy na krótkiej trasie prędkościowej 100 km blisko lotniska. Mimo sporych ośrodków burzowych, które powstały na wschodzie od lotniska wszyscy utrzymali się w powietrzu i mogli potrenować latanie na wałku burzowym. Pogoda nie pozwoliła zaliczyć pierwszego punktu zwrotnego i żaden zawodnik nie zdecydował się odejść na trasę. Dopiero gigantyczna burza zbliżająca się od południa do lotniska zachęciła pilotów do szybszego lądowania i zabezpieczenia szybowców przed tym zjawiskiem, które sparaliżowało wcześniej całą Warszawę. Ostatni szybowiec zdążył wylądować tuż przed deszczem.

Dzień trzeci przewidywał pogodę pofrontową – ładne cumulusy o podstawie około 1700 m. Tak optymistyczna pogoda zachęcała, by wyłożyć 300 km, ale ostatecznie ograniczyłem ją do ok. 170 km. Chmury wyglądały bardzo ładnie, lecz był spory wiatr, około 30 km/h, co sprawiło pilotom nieco trudności. Chmury wyglądały ładnie, ale były malowane i nie nosiły tak dobrze, jak wyglądały. Zgodnie z prognozą o godzinie 15 zrobił się kryzys i ładnie wyglądające chmurki zaczęły się rozmywać. Jeśli ktoś nie miał dolotu o tej godzinie, szanse na powrót były małe. Tę konkrecję wygrał Paweł Kucio, drugi był Waldek Pałka, a trzeci Paweł Bandurski.

Po lotach odbywały się odprawy, podczas których omawialiśmy wszystkie loty, analizowaliśmy błędy, omawialiśmy spostrzeżenia i prowadziliśmy pomagające w lataniu przelotowym wykłady z każdej dziedziny szybownictwa.

Kolejny dzień z uwagi na warunki pogodowe był dla wszystkich odpoczynkiem. Po przejściu frontu prognozy były bardzo pozytywne i wstępnie zaproponowałem trasę 250 km. Jednak po dokładniejszej analizie warunków trasę zmieniłem z wyścigowej na obszarową, z obszarami na punktach o promieniu 15 km.

Podczas odprawy piloci otrzymali ostrzeżenie, że po godzinie 15 będą zanikały noszenia i jeśli ktoś nie będzie miał dolotu o 16 do lotniska, to będą problemy z lądowaniem w miejscu startu. Rzeczywiście o godzinie 15 podeszła od zachodu wielka chmura, która stłumiła termikę. Ci, którzy wlecieli w pierwszą strefę głęboko, nie mieli już zasięgu, by zaliczyć drugi punkt zwrotny i wrócić na lotnisko. Czarny koń zawodów, Paweł Kucio, doleciał tylko do pierwszej strefy i tam wylądował w polu. Paweł Bandurski miał mniej szczęścia i wylądował jeszcze bliżej, Marta Oleksiewicz i Waldek Magnuszewski postanowili wrócić na lotnisko i nie ryzykować pola, lecąc do drugiego obszaru. Janusz Bęza walczył do końca, kiedy pojawiły się wielkie chmury, postanowił je ominąć, co nie było dobrym pomysłem,  bo oddalając się coraz bardziej, nie miał już szansy na powrót. Jedyny Waldemar Pałka obleciał całą trasę, ale mając najlepszy szybowiec też nie odważył się wlecieć dalej w drugą strefę, tylko nakłuwając ją delikatnie zawrócił i praktycznie po doskonałości doleciał do lotniska.

Loty odbywały się cały czas w niżowej pogodzie, mimo szybkiego frontu chłodnego nie udało się utrzymać pogody na dłużej. Mimo to przed uczestnikami zawodów kolejne wyzwanie –  prędkościowy przelot 100 km. Po omówieniu pogody wszyscy wystartowali. Trasa była blisko lotniska i po łamańcu, tak aby piloci przetrenowali zaliczanie punktów zwrotnych i nie odlatywali zbyt daleko. Jednak nie wszyscy prawidłowo odczytali ten zamiar i niektórych poniosła inwencja twórcza, która zakończyła się … niestety poza lotniskiem.

Z powodu braku holówki na weekend zawody zakończyły w piątek. Tego dnia pogoda zapowiadała się dobrze, aczkolwiek niżowo. Trasa była ciekawa, bo do punktów zwrotnych dołożyłem punkt dolotowy, co okazało się później nie lada problemem w telewizorkach nawigacyjnych. Zadanie miało umożliwić zawodnikom potrenowanie latania w parze i trzymania się przez całą trasę razem. Ze względu na dość późny start, bo chmury były nisko, trasa była krótka – około 140 km. Prawie wszyscy oblecieli trasę, tylko Paweł Bandurski z miejsca, z którego mógł dolecieć do lotniska, postanowił polecieć…w zupełnie inną stronę i ostatecznie wylądował w polu, przez co popsuł wszystkim plany na ognisko kończące zawody. Ostatecznie po Pawła została wysłana żeńska ekipa. Po podsumowaniu wyników okazało się, że tego dnia wygrał Janusz Bęza, co dało mu w klasyfikacji generalnej przesunięcie na trzecią pozycję. Końcowe wyniki zawodów wyglądają następująco:

  1. Waldemar Pałka
  2. Paweł Kucio
  3. Janusz Bęza
  4. Paweł Bandurski
  5. Marta Oleksiewicz
  6. Waldemar Magnuszewski
  7. Marek Godlewski
  8. Arek Sokalski

Zawody trwały siedem dni, z czego lotnych było sześć. W sumie piloci wylatali 90 godzin, wiele się ucząc. Mam nadzieję, że planowana druga edycja zawodów „Milówka 2016”, która odbędzie się w dniach 5-14 sierpnia, wypadnie równie owocnie.