Nowi Mistrzowie Polski w Lataniu Rajdowym!

Zakończyły się 5. Rajdowe Mistrzostwa Polski w lataniu samolotowym w Muchowcu. Po trzech dniach trudnych zmagań znamy już Rajdowych Mistrzów Polski w lataniu samolotowym w kategoriach Unlimited i Advanced. Na pudle znaleźli się też członkowie naszego Aeroklubu.

Najlepszy wynik w kategorii Unlimited uzyskała załoga Krzysztof Skrętowicz (Aeroklub Częstochowski) z Jakubem Klęczarem (Aeroklub Warszawski).

W kategorii Advanced wprost na podium polecieli Jarosław Sysio (Aeroklub Bielsko Bialski) i Marcin Skalik (Aeroklub Częstochowski). Srebro przypadło Markowi Masalskiemu i Marcinowi Kwiatoszowi z Aeroklubu Warszawskiego. Na trzecim miejscu wylądował duet kobiecy Zosia Garwacka (Aeroklub Warszawski) i Agata Kuchta z Aeroklubu Orląt.

W Mistrzostwach wzięło udział 17 załóg. Zawodnicy zmierzyli się w trzech 3 konkurencjach. Podczas zawodów każda dwuosobowa załoga w składzie pilot-nawigator miała za zadanie wykreślić trasy zgodnie z instrukcją oraz odnaleźć znaki w terenie. Sędziowie zwracali uwagę na takie elementy jak: utrzymanie punktualności przelotu, identyfikacja zdjęć punktów zwrotnych, lot po łuku, wypełnianie sprawozdań z konkurencji oraz lądowania precyzyjne.

W tegorocznych Rajdowych Mistrzostwach Polski w Muchowcu wystartowały również dwie załogi poza konkursem – Kurt Norevik oraz Petter Stroemme z Norwegii oraz Piotr Noga.

Rajdowe Mistrzostwa Polski są  kwalifikacją pilotów do Kadry Narodowej 2016, wpisują się także w cykl przygotowań do imprez międzynarodowych.

Rajdowi Mistrzowie Polski:

W kategorii Advanced:
1. Jarosław Sysio, Marcin Skalik
2. Marek Masalski, Marcin Kwiatosz
3. Zofia Garwacka, Agata Kuchta

W kategorii Unlimited:
1. Krzysztof Skrętowicz, Kuba Klęczar
2. Bolesław Radosmki, Dariusz Lechowski
3. Michał Wieczorek, Marcin Wieczorek.

Serdecznie gratulujemy!

Zródło: Aeroklub Polski

Zosia Garwacka drugą wicemistrzynią Polski!

W dniach 11-16 sierpnia 2015 r. na lotnisku Aeroklubu Podkarpackiego w Krośnie zostały rozegrane 58. Samolotowe Nawigacyjne Mistrzostwa Polski Seniorów oraz 44. Samolotowe Nawigacyjne Mistrzostwa Polski Juniorów.

W 44. Samolotowych Nawigacyjnych Mistrzostwach Polski Juniorów rozegrano dwie konkurencje nawigacyjne i cztery lądowania precyzyjne. Nasza reprezentantka Aeroklubu Warszawskiego – Zofia Garwacka zajęła III miejsce i tytuł drugiej Wicemistrzyni Polski! Pierwszy był Jarosław Sysio z Aeroklubu Bielsko-Bialskiego, drugi zaś Marcin Wieczorek z Aeroklubu Krakowskiego. Warto dodać, że najstarsi zawodnicy nie pamiętają, kiedy ostatnio na precyzyjnych mistrzostwach polski, na podium stała dziewczyna!

Gratulujemy!
Podium Wyniki Lądowanie Podium

Kolejne medale akrobatów szybowcowych w naszych rękach!

W dniach 5-15 sierpnia, w czeskich Zbraslavicach odbyły się Mistrzostwa Świata w Akrobacji Szybowcowej. Aeroklub Warszawski rezprezentowali: Maciej Pospieszyński (dwukrotny Mistrz Świata) oraz Michał Andrzejewski (zeszłoroczny Mistrz Polski).

Debiutujacy na Mistrzostwach Świata, Michał Andrzejewski latający w klasie Advanced zdobył drużynowo złoty medal, wraz z Katarzyna Żmudzińską i Sławomirem Talowskim, a indywidualne zajął bardzo wysokie 5 miejsce na 47 pilotów.

W trudniejszej klasie Unlimited Maciej Pospieszyński wraz z Magdaleną Stróżyk i Jerzym Makulą w klasyfikacji drużynowej zdobyli brązowy medal oraz 7 miejsce w klasyfikacji indywidualnej.

Warto dodać, że były to bardzo trudne zawody, wysokie temperatury doskwierały codziennie pilotom, a wyniki często były uzależnione od kaprysów pogody: silnego wiatru oraz termiki.
Naszym akrobatom zabrakło naprawdę niewiele punktów i odrobiny szczęścia do podium!!!

Gratulujemy!

Drużynowe Złoto Wyniki Michał AndrzejewskiMaciej PospieszyńskiMichał Andrzejewski

Dlaczego warto dzielić się doświadczeniem

Poniżej przedstawiamy feletion Sławomira Cichonia opublikowany na łamach „Pilot Club Magazine” w czerwcu 2010 r.

HISTORIA PEWNEGO LOTU…

Historia lotnictwa pisana jest krwią lotników. Niejednokrotnie wypadek lotniczy niesie ze sobą tragedię, ludzkie dramaty, straty materialne. Każde zdarzenie oprócz ogromu nieszczęścia ma jedną jedyną zaletę: na wnioskach wyciągniętych z wypadku uczą się następne pokolenia pilotów. Czy musi aż dojść do wypadku, aby nauczyć się czegoś nowego na przyszłość? Pamiętam czasy, kiedy w naszym kraju nie istniały przesłanki wypadków lotniczych, wszystko kręciło się bezproblemowo, aż do czasu wielkiego i głośnego nieszczęścia. Dopiero kiedy ogłoszono wszem wobec, że przesłanki to dobra rzecz, a ich obecność świadczy, że poważnie podchodzi się do spraw bezpieczeństwa, nagle w statystykach zaczęły pojawiać się takie dane. W Polsce dobrowolne i anonimowe informowanie o zagrożeniach w lotnictwie ma bardzo krótką historię. Zespół Identyfikacji Zagrożeń w Lotnictwie Cywilnym – latajmybezpiecznie.pl istnieje od dwóch lat, zbiera coraz więcej zgłoszeń, rozwiązał wiele problemów mogących przyczynić się do zaistnienia wypadków lotniczych. Nikogo ze zgłaszających nie ściga ULC, PKBWL czy prokurator, nikt oprócz sekretarza zespołu nie zna danych zgłaszających, a jednak ciągle widać opór przed dzieleniem się własnymi doświadczeniami z innymi, a tym samym przed udzielaniem pomocy, jak unikać niebezpiecznych sytuacji w powietrzu. Czyżby irracjonalny strach przed powstaniem rysy na honorze wspaniałego pilota? Czyżby strach przed Wszechmocnym Urzędem lub komisją badającą z urzędu zdarzenia lotnicze? A może zwykłe lenistwo? Pewnego dnia kolega opowiada mi o pokazach lotniczych, w których brał udział. Szerokiej publiczności zaprezentował piękny pokaz akrobacji samolotowej, wszyscy byli zachwyceni. W drugiej części imprezy zabrał na pokład pasażerkę, która wygrała lot na loterii charytatywnej. Lot pokazowy przebiegał fantastycznie, kobieta bardzo dobrze znosiła przeciążenia, niezmiernie cieszyła się czasem spędzonym w powietrzu. Wszystko szło normalnie, aż do momentu, kiedy przy wyprowadzaniu z kolejnej figury, kolega poczuł silny opór na sterze kierunku. Ster działał tylko w połowie swych normalnych wychyleń. Szybko wylądowali i zaczęło się dochodzenie. Jak się po chwili okazało, pasażerka uwieczniająca swoją przygodę kamerą, położyła pokrowiec na sprzęt gdzieś obok w kabinie. Podczas kolejnych figur pokrowiec wsunął się w napędy, które w wyczynowym samolocie akrobacyjnym są odkryte i skutecznie blokował ster. Na szczęście stało się to w figurze, z której wyprowadzenie nie wymagało użycia pełnego wychylenia steru kierunku i mogli w miarę bezpiecznie wylądować. Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy, po czym poprosiłem kolegę, żeby w krótkich słowach opisał tę historię w liście do zespołu latajmybezpiecznie.pl – wszak to świetna nauczka dla innych latających na pokazową akrobację, aby zwracali uwagę na przedmioty zabierane na pokład przez pasażerów, gdyż następnym razem szczęścia może być mniej. Kolega nagle stracił dobry humor, zaczął się wykręcać, że to głupotka była, że nie warto zawracać nikomu głowy taką bzdurą, bo jeszcze się tym PKBWL zainteresuje albo wiadomy urząd przyśle swoich ludzi na dochodzenie. W końcu zgodził się opisać tę historię, ale bez przekonania, chyba tylko dlatego, że z racji służbowej nie wypadało mu odmówić. Wysyłając maila, postąpił jak nie przymierzając agent J-23 w czasie II wojny światowej: kafejka internetowa, aby nie można było ustalić nadawcy po numerze IP; nowa, anonimowa skrzynka pocztowa założona tylko na tę okazję, brak podpisu. List doszedł, ale niestety powędrował do kosza, bo nie można było potwierdzić, czy sytuacja miała miejsce, a nie wymyślił jej domorosły prozaik. Wielka szkoda, bo już widziałem oczyma wyobraźni przypomnienie podobnych zdarzeń i wskazówki dla wykonujących takie loty. Jest rok 1982. W Bielsku odbywają się loty na naukę akrobacji szybowcowej.

Do kolejnego lotu startuje instruktorka Ewa Zbijowska z uczniem w przedniej kabinie Puchacza. Podczas kolejnej figury instruktorka stwierdza zablokowanie sterów i wydaje uczniowi komendę do skoku ratowniczego. Sama opuszcza szybowiec jako druga. Uczeń ląduje na spadochronie bez obrażeń, natomiast ona, na nie w pełni otwartym spadochronie uderza w ziemię i ginie na miejscu. Zabrakło kilkunastu metrów wysokości. Komisja badająca wypadek stwierdza, że przyczyną zablokowania sterów był niewielki wywietrznik z okienka szybowca, który odkleił się od szyby i od kilku dni pałętał po kabinie. W krytycznym momencie dostał się w napędy sterów umieszczonych pod fotelami, zablokował lotki i zmusił załogę do wykonania skoku ratowniczego. Jest rok 2009. W Anglii, na lotnisku Silverstone odbywa się trening przed Mistrzostwami Świata w Akrobacji Samolotowej w klasie unlimited. Trenują najlepsi piloci akrobacyjni na świecie, trenuje też Vicky Cruse, mistrzyni Stanów Zjednoczonych z roku 2007. Z kolejnej figury-korkociągu Vicky już nie wyprowadza maszyny, samolot kręci zwitki do samej ziemi, pilotka ginie na miejscu. Badanie wypadku jeszcze trwa, ale raport wstępny mówi o zablokowaniu steru kierunku przez odłamane przedłużki pedałów zamontowanej w samolocie. Vicky była malutka i nie sięgała stopami do pedałów w seryjnym Edge 540… Była…

Czytam angielskiego CHIRPa (Confidential Human Factors Incident Reporting Programme), a tam relacja z imitacji awaryjnego lądowania: połączenie oblodzenia gaźnika, które wystąpiło, kiedy silnik pracował na wolnych obrotach, podparcie się skrzydłem podczas kołowania w warunkach porywistego wiatru, wtargnięcie samolotu w locie VFR w ścieżkę podejścia ILS i jeszcze kilka innych zdarzeń. Mimo że w zespole naprawiamy błędy naszego systemu lotniczego (zaworki w Cessnach, nieodśnieżanie niektórych dróg kołowania podczas zimy, złe ich oznaczanie, brak informacji o elewacji progów pasa na lotniskach aeroklubowych itd.), to wciąż niewiele jest zgłoszeń dotyczących czystego latania, błędów pilotażowych, złych decyzji w locie.

Na www.latajmybezpiecznie.pl zespół czeka na Wasze zgłoszenia. Czasami z pozoru nieistotna przygoda dobrze opisana i omówiona może uratować komuś skórę. Nie uczmy się dopiero na wypadkach, bądźmy o krok przed nimi.

Pierwsza 300

Poniżej przedstawiamy relację z przelotu naszego klubowego kolegi Andrzeja Herbsta.

Przelot 300 kilometrów –  mało i dużo zarazem. Mało gdy się spojrzy na wyczyny pilotów którzy na polskim niebie, na Jantarze Standard przelecieli 1000 km, a dużo gdy weźmie się pod uwagę, że latając przez dobrych kilka lat „wychodziły” tylko 100tki, 150tki i 200tki… Z powodu małej ilości czasu nie mogłem pojawiać się na lotnisku zawsze kiedy jest „warun”… A okazuje się, że to właśnie od pogody zależy! Środa, 17 lipca 2015 roku na długo zostanie w pamięci. I to właśnie ze względu na pogodę. Urlop wzięty, Niemcy zostały daleko na ponad tydzień, czas na kilka dni na lotnisku… Niestety, upały dały się we znaki i latania przelotowego nie było… Przeszedł leniwy front nie zwiastując znacznej zmiany pogody… Prognozy były neutralne… Ale jak nie ma nic do roboty to przychodzi się na lotnisko! Coś we wtorkowe popołudnie tknęło mnie, że warto być w środę wcześnie… Wtorkowy Sat24 pokazywał na zachód od Mazowsza całkiem ładne warunki… Była nadzieja, że w środę pogoda będzie u nas… Rano, o 9, nic nie wskazywało na amok… Kilka osób, kilka jednosterów, było w czym wybierać. Niektórzy nawet oddali swój szybowiec narzekając, że „krzywo lata” – i miało się okazać, że była to ich chyba najgorsza decyzja w życiu! W końcu zmontowała się grupa: ja, Przemek Idzkiewicz, Bubu, Marcin Zegadło i Robert Ryng. Odpowiednio w Jantarze 1 (jupi!), Astirze, Jantarze Std, Cobrze 15 i Jantarze 2B. Bubu zadecydował – wszyscy 300, Białystok! Z jednej strony pogoda już sama kazała startować i lecieć a z drugiej czarne myśli – jeszcze pola nie pokoszone, na specyficznym szybowcu wylatane dopiero kilkanaście godzin, w sumie to pierwszy sezon… Nie lubię podejmować decyzji o przelocie. To jest dla mnie podejmowanie przed samym sobą pewnej odpowiedzialności… I pytanie a co jak inni dadzą radę a ja nie? Może lepiej jeszcze jakaś 100tka prawie w stożku? Jednak pierwsze pole na nowym szybowcu kiedyś być musi… Obiecałem sobie, że będę wcześnie szukał pól i nie będę na siłę szukał czegoś poniżej 400 metrów… Z drugiej strony łąk i nieużytków jest trochę co potwierdzały loty miesiąc wcześniej. Pod hangarem byłem ostatni w kolejce bo mój szybowiec stał na samym końcu. Krótkie przygotowania i kolejne szybowce jechały na start. A pogoda już wariowała – cumulusy nie z tej ziemi… Ciągnąc się na start zauważyłem, że żaden z kolegów nie ustawił się w kolejkę na pasie. Za namową Krzyśka Pindrala – „Oni chyba nie chcą lecieć… Ustaw się i leć jak chcesz, pierwszy!” Zapytałem reszty, nikt nie protestował… Jakoś tego dnia nikt nie chciał być sondą. Byłem ostatni, jestem pierwszy -marzenie pilota! Zapakowanie mapy, gpsa, wody, pieniędzy (najważniejsza rzecz w polu!), sprawdzenie jeszcze raz sterów. Gotowe! Start zupełnie bezproblemowy. Hol (kierunek 28) był krótki – albo raczej niski, bo tu wszystkie są długie. Na 600m już ładna 2. Nie ma co, Jedynka – jak Pirat – lepiej lata sama. Smutno znikający Husky pomachał skrzydłami… Jego lot zaraz się skończy a mój dopiero się zaczyna… Z 2 zrobiła się 3. W tych warunkach nad hutą nie można długo zabawić. Kierunek Żerań. Raz, że tam zawsze coś jest, a dwa, że była tam chmura… CHMURA… CHMURY BYŁY WSZEDZIE! Wszystkie podobne… Nad Żeraniem znów 3! I to bez długiego szukania… Fiu, nieźle się zapowiada! Po Żeraniu, Marki. Po prostej też nosiło. No cóż… Więc chyba muszę na te 300… Taka pogoda prędko się nie powtórzy. Trasa do Białegostoku jest prosta – wzdłuż linii kolejowej. Ponad 160 km torów bez najmniejszego zakrętu… Chmury – wszędzie, blisko siebie ale nie na tyle, żeby odciąć słońce… Wołomin, Tłuszcz… kolejne miasta praktycznie bez dłuższego krążenia i bez utraty wysokości! Można było naprawdę w spokoju uczyć się spokojnego krążenia, sprawdzać różne sposoby centrowania… Jedynka ma to do siebie, że łatwiej centruje się na neutralnych klapach lub wręcz na ujemnych. Dla wyjadaczy pewnie to nie nowina ale dla mnie klapy do tej pory to były klapy w Cessnie – do startu 10 i do lądowania 30. Nad Łochowem dogoniła mnie Cobra Marcina. Proszę! Dogonił mnie i to w wolniejszym szybowcu. Musi się znać lepiej na rzeczy. Chwile pokrążyliśmy razem. Odszedł pierwszy. Po 3 minutach go dogoniłem. Widać było różnice osiągów. Co ciekawe zamiast lecieć na północny wschód, Marcin nagle skręcił na wschód… Do tej pory nie wiem po co. Chmur przed nami było co niemiara! No nic, miał pewnie swoją wizję… Nauka centrowania i delfinowania w najlepsze, kolejne miasta zostawiam w tyle… Warunki się nie pogarszają… W oddali widać Białystok… Czyli 160 km będzie. To pewne. Gdzieś w okolicach Broku chmury zaczynają się przerzedzać. Białystok prawie jak na dłoni. Po takich miastach jak Tłuszcz, Łochów czy nawet Ostrów Mazowiecka – Białystok wydaje się być niewiele mniejszy od Warszawy. No może trochę przesadzam ale miasto spore. Tuż przed Łapami dochodzę do wniosku, że nad Białymstokiem chmur nie ma. Dalej też nie. Kiepsko. Niby mam prawie 2000m ale punkt i powrót musiałbym zrobić bez krążenia… Czyli w sumie jakieś 20 km… Teoretycznie bez duszeń jakieś 500m wysokości… Ale praktycznie może nie być tak różowo, że wrócę pod tą sama chmurę na 1400m… Do tej pory na trasie nie spadłem poniżej 1300m i wolałbym, żeby tak zostało. Z racji, że nie wbiłem trasy a zależało mi tylko na 300km, postanowiłem, że zawrócę. I tak oto nad Baciutami zrobiłem zakręt o 180 stopni. Warunki jak do tej pory – super. Nawet powstały jakieś szlaki. Może nie idealnie po trasie ale w miarę pasujące. Po 15 minutach spotkałem pod chmurą Jantara 2B Roberta Rynga. Trochę razem pokrążyliśmy. On leciał jeszcze do Białego, ja już wracałem. Lot upływał spokojnie jednak pewna rzecz powoli nie dawała spokoju. Rosnące ciśnienie w pęcherzu. Generalnie to nie problem jak się ma odpowiedni sprzęt ale jak miałem tylko butelkę z wodą Żywiec, 1.5 litra. Prawie pełną. Zatem procedura jak zwykle – część wody wypić, reszta za okno. I wtedy się zaczęło. Trymer sprężynowy zdecydowanie źle wyważa szybowiec. Aerodynamiczny lepiej. Taniec po niebie z butelką w ręku… Pasy, spadochron, spodnie… W końcu się udało… Ale trochę to kosztowało czasu i nerwów… W każdym razie po ustaleniu parametrów hydrodynamicznych okazało się, że szukając dogodnej pozycji z butelką znalazłem też przyzwoitą 3! Miałem już jedną rękę wolną więc mogłem też krążyć! Po minucie ciśnienie w pęcherzu spadło a wysokość urosła. Nad Łochowem wiedziałem już, że 300km mam. Tylko czy dolecę na lotnisko – bo po prostej była dziura – chmury były dopiero nad Wisłą. Za to nad Markami było ich kilka. Postanowiłem nadłożyć nieco drogi i na wszelki wypadek nie robić jeszcze dolotu ale wykręcić się tam do 1400m. Traf chciał, że do Marek duszeń nie było, wiec doszedłem tamnmając jakieś 1000m Niby sporo ale co tam! Wykręciłem do 1300m i na lotnisko. Nie wiem czy tak szybko leciałem czy zaczęło dusić ale miejscami przy 180km/h potrafiło być i -4. Nad Wisłą miałem 600m i prędkość 220. Teraz dopiero było czuć co to znaczy, że biegunowa dla dużych prędkości opada… Za Wisłą – jak zwykle na powrocie – nosiło. Chciałem już lądować bo miałem jeszcze plany na wieczór. Taki przelot powinno się kończyć kosiakiem… Ale rozsądek zwyciężył. Skończyło się na takim symbolicznym, na 50 metrach. Lądowanie – takie sobie, z małym kangurem. Cóż! Prędkością chwalić się nie ma co… Niecałe 80km/h. Niby bez wody ale na takim szybowcu i w taką pogodę powinno być przynajmniej 100. Jednak to pierwsza 300tka więc wstydu nie ma. Trasa obleciana! Duże podziękowania dla pogody. Szczerze powiem, że gdybym wiedział, że będą takie warunki wystartowałbym godzinę wcześniej, wrócił z godzinę później – tak jak wracali pozostali tego dnia – i spokojnie 500km było by możliwe. Tego mi najbardziej szkoda, bo takiej pogody nie widuje się często… Reszta też wróciła. Z tego co wiem, jednak Białystok zaliczyli choć też chmur było tam mało. Kilka 300etek jednego dnia – chyba dawno tak się nie udało!

Andrzej Herbst

Szybowiec

Godzina „W”

71 lat temu, 1 sierpnia 1944 r. powstańcy warszawscy ruszyli do nierównej walki z okupantem. Planowane na kilka dni powstanie trwało ponad dwa miesiące. W czasie walk w Warszawie zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych. Straty wśród ludności cywilnej były ogromne i wynosiły ok. 180 tys. zabitych.

Jak co roku, także i tym razem o godz. 17:00 w Warszawie zawyły syreny, jako znak hołdu dla powstańców. Na minutę na ulicach przystanęli przechodnie, zatrzymały się samochody, tramwaje, autobusy. Lotnicy z naszego Aeroklubu także uczcili ich ofiarę.

Zobaczcie także nagranie ze śmigłowca TVN – Błękitny 24

Godzina W